„Za pieniądze szczęścia nie kupisz”

Z ust wielu ludzi można usłyszeć tego typu słowa. Z reguły są to ludzie starsi; dziadkowie, rodzice, doświadczeni życiem. Raz po raz ktoś z młodszego pokolenia zarzuci taką złotą myślą, choć nie zawsze wiadomo, czy ta osoba naprawdę tak myśli, czy po prostu chce powiedzieć coś „mądrego” i zabłysnąć w towarzystwie.

O tym, że jestem „chytra na pieniądze” usłyszałam już w wakacje, kiedy to zarabiałam całkiem niezłe pieniądze, bardzo mi się to podobało i chciałam, oczywiście, więcej. Tak to jest, kiedy znajdzie się pierwszą pracę i dostaje się za to pieniądze, jakich nigdy się nie miało. A potem… nie potrafi się przestać.

Jak wspominałam już wcześniej, wyprowadziłam się z domu i razem z koleżanką wynajmuję pokój w Poznaniu. Utrzymuję się sama, co oznacza, że znaczna część mojej wypłaty idzie właśnie na to, lecz staram się przy tym oszczędzać. I cieszę się, że z grudniowego wynagrodzenia, choć był to miesiąc tuż po przeprowadzce i było naprawdę dużo wydatków z tym związanych, udało mi się trochę przelać na konto oszczędnościowe. Teraz już może być tylko lepiej! (prawda?)

Pieniądze szczęścia nie dają. Może i nie. Ale dzięki pieniądzom możemy uszczęśliwić siebie i innych. Bardzo często to one są kluczem do, na przykład, spełnienia marzeń. Bez nich, niestety, ani rusz.

Od zawsze słyszałam teksty typu „Nie dzisiaj, po wypłacie”, „Następnym razem”, „Nie mam tyle pieniędzy”. Od zawsze był problem z pieniędzmi, czy to mniejszy, czy większy. Moja mama ma u mnie dług, którego prawdopodobnie nigdy nie spłaci. I raz po raz się on powiększa. Rzadziej odrobinę zmniejsza.

Ja w przyszłości takich problemów nie chcę. Jakoś udaje mi się łączyć studia z pracą i drobnym oszczędzaniem. Oszczędzam nie do końca wiedząc na co. Na przyszłość – zarówno tę dalszą, jak i tę bliższą. Może wszystko przepuszczę w najbliższym czasie na intensywny kurs japońskiego w Kioto. Może na własne mieszkanie za 10 lat. Może ot tak, do końca życia, na „czarną godzinę”.

Obojętnie, czy całość zaoszczędzonych dotychczas pieniędzy wydam za pół roku, czy nie. Skoro już zaczęłam, oszczędzać będę już zawsze. Bo same pieniądze może i szczęścia nie dają, ale z tymi pieniędzmi można naprawdę dużo zrobić.

2016 a 2017

Rok 2016 był rokiem pod wieloma względami zarówno dobrym, jak i zły. Ale był też przede wszystkim rokiem zmian, które na zawsze odmieniły moje życie. A były to rozpoczęcie pracy i przeprowadzka.

W maju dzięki poleceniu przez koleżankę po raz pierwszy postawiłam swoją stopę w North Fish w City Center (tfu, Avenidzie) w Poznaniu.I zostałam na pokładzie na dłużej. Jest to moja pierwsza prawdziwa praca, gdyż wcześniej właściwie rozdawałam tylko kilkukrotnie ulotki, i jestem z niej zadowolona. Co więcej, niedawno awansowałam po zaledwie pół roku pracy. Pracuję na umowie zlecenia, dzięki czemu mogę to na spokojnie pogodzić ze studiami.

Na końcu grudnia też, po 2,5 roku dojazdów, przeprowadziłam się do Poznania. Na razie spędziłam w nowym mieszkaniu zaledwie parę dni, sama, lecz już jutro pojadę tam na dłuższy okres. Jest to naprawdę ogromny krok do przodu w moim życiu i mam nadzieję, że sobie poradzę.

W 2016 roku poznałam też naprawdę sporo osób, w większości ludzi z pracy, dzięki którym zaczęłam częściej się uśmiechać. Naprawdę, ekipa w NF jest tak zajebista, że póki co nie wyobrażam sobie odejścia stamtąd, choć wiem, że ten moment kiedyś nadejdzie. Póki co planuję zostać tam do czerwca, a potem się zobaczy, jednak chciałabym mieć pracę związaną z kierunkiem moich studiów, więc w końcu będę musiała coś znaleźć.

Ścięłam też włosy na krótko (i oczywiście znowu je zapuszczam, haha) oraz poznałam chłopaka, z którym przez krótki czas łączyła mnie dziwna relacja, która trochę mnie nauczyła, a także otworzyła oczy na pewne sprawy.

Spełniłam też jedno z marzeń i pojechałam na koncert ulubionego japońskiego zespołu! I to aż do Monachium. Byłam też po raz pierwszy w Toruniu, na Coperniconie i w Mediolanie (mój pierwszy lot samolotem!).

Wydarzyło się oczywiście o wiele więcej, jednak te rzeczy, które tutaj wypisałam, były zdecydowanie tymi najważniejszymi. Częściowo potwierdza to zestawienie „the best nine” z instagrama:

bestnine2016

 

A co z 2017? Cóż, nigdy nie robiłam postanowień noworocznych i nie zrobię ich i teraz. Jednak zamieszkanie w Poznaniu umożliwi mi teraz więcej rzeczy. Między innymi, mam nadzieję, że będę mieć więcej czasu dla siebie i zacznę chodzić na siłownię lub na jogę. A może i tu i tu, jeśli wystarczy mi pieniędzy i dobrze się zorganizuję. (Ha! Marzenie).

Są też inne rzeczy, które chciałabym do swojego życia wprowadzić w tym roku, a znaczna część z nich znajduje się o tutaj. Myślę, że tattwa idealnie wszystko ujęła. Mi pozostaje to sobie zapisać, by pamiętać, i oczywiście wdrożyć jej porady w swoje życie.

Gżdaczem każdy może być

Weekend 16-18 września był jednym z najbardziej magicznych, jakie do tej pory przeżyłam. Mój pierwszy przyjazd do Torunia, pierwszy Copernicon i pierwsze gżdaczowanie. I pomyśleć, że decyzja o przybyciu na ten konwent zapadła tak spontanicznie! Było to coś w stylu:
– Pojechałabym na Copernicon, ale nie mam z kim.
– Właśnie patrzysz na człowieka, który tam jedzie.
– Pojedziemy razem?
– Pewnie.
I tak oto wybrałam się do Torunia z D., a towarzyszyła nam jego dziewczyna, która przy okazji odwiedziła tamtejszych znajomych.
One way ticket ^^
Jako że D. musiał być na rano w pracy, dopiero popołudniu wsiedliśmy w pociąg do Torunia. Na miejscu byliśmy po 19, a do centrum podwiozła nas znajoma P. Od razu poszliśmy z D. po akredytacje, a następnie do LO – szukać Simona. D. musiał poprosić o zmianę w grafiku dla gżdaczy, ponieważ jedną zmianę dostał akurat w czasie, gdy mieliśmy wracać do Poznania. A ja poszłam zgłosić się na gżdacza, jeśli mieli jeszcze wolne miejsce. Zapotrzebowanie na gżdaczy było i zostałam przyjęta z radością. Dostaliśmy z D. koszulki, po czym poszliśmy do szkoły, w której mieliśmy spać. Była to na szybko znaleziona trzecia szkoła z racji tego, że w dwóch już wynajętych brakowało miejsca dla uczestników konwentu. Było już dość późno, więc postanowiłam, że pora na sen. D. natomiast poszedł na imprezę konwentową, a następnie do P. i ich znajomych, przez co pierwszą noc spędziłam sama. Nie powiem, było mi trochę samotnie, lecz mieliśmy się zobaczyć z D. następnego dnia.
Starówka nocą
Sobotę rozpoczęłam od prelekcji o Leonardzie da Vinci. Ta prelekcja nie była najlepszą, na jakiej byłam. Generalnie nie wypadła zbyt dobrze, jednak dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy, co jest na plus. Potem z Collegium Minus popędziłam na Wydział Matematyki i Informatyki na prelekcję Zwierza o zależności między Hollywood i Chinami. W końcu miałam okazję zobaczyć Zwierza! Bądźmy szczerzy – był to jeden z powodów, dla których bardzo chciałam pojawić się na Coperniconie.

 

Niestety los chciał, że o 12 miałam stawić się na odprawie dla gżdaczy w LO i aby zdążyć, musiałam wyjść z kilku ostatnich minut prelekcji Zwierza. Było i wciąż mi jest niezmiernie głupio z tego powodu, lecz niestety była to jedyna opcja.

 

Po odprawie miałam trochę czasu do kolejnego interesującego mnie punktu programu, więc pochodziłam wśród wystawców. Nie było ich wielu, co mnie zdziwiło, jako że jestem przyzwyczajona do dużej ilości stoisk z Japaniconu i Pyrkonu. Oczywiście kupiłam książki – obie części „Takeshi’ego” Kossakowskiej z 10% rabatem na stoisku księgarni Hobbit. Przy okazji porozmawiałam chwilę z LoboBathory i Negatywką, które na tym stoisku właśnie były.
Tak się złożyło, że kolejne interesujące mnie atrakcje były w WMiI, a były to panele o twórczości Lema i Tolkiena, obowiązkowych lekturach fantastycznych oraz o settingach historycznych w powieściach. Podobało mi się to, jak mówiła profesor Dominika Oramus na dwóch pierwszych panelach i cieszyłam się, że mogłam znów zobaczyć Zwierza i Maję Lidię Kossakowską. W przerwach między panelami spędziłam trochę czasu z D., który akurat miał dyżur w tym samym budynku, a także wzięłam udział w konkursach wrocławskich Dni Fantastyki i Pyrkonu.
Po tym wszystkim miałam dyżur od 20 do 24 w… LO. Więc znów musiałam iść na drugi koniec Starego Miasta. Na dyżurze poznałam bardzo fajną dziewczynę, która zaprosiła mnie na Imladris do Krakowa, lecz niestety będę musiała z tego zrezygnować. Dyżur skończyłam jakąś godzinę wcześniej, ponieważ LO było już zamykane i poszłam z D. i kilkoma jego znajomymi na piwo. Następnie zanieśliśmy jego rzeczy do sleepa i, jako że byłam okropnie zmęczona, ja poszłam spać, a D. poszedł jeszcze do Kotłowni.
Taki ładny identyfikator mieli gżdacze, z napisem „Pomagam, więc jestem”. Szkoda tylko, że na nieco za krótkiej wstążce zamiast smyczy.
W niedzielę planowałam iść z rana na dwie prelekcje, lecz miałam dyżur w, uwaga, LO. A prelekcje były oczywiście w WMiI. Postanowiłam więc zrezygnować z braci Grim i „Władcy Pierścieni”i razem z D. pochodziliśmy sobie po mieście i bulwarze. Byliśmy też na pizzy w Piccolo – bardzo polecam! Niecałe 7 zł, a zapycha na cały dzień! Na dyżurze poznałam dziewczynę z Poznania, z którą wstępnie umówiłam się na planszówki.
Wiewiórki z rana! Jedna schowana po drugiej stronie drzewa. A w nocy mizialiśmy jeżyki :3

 

 

Po dyżurze odebrałam zwrot akredytacji i podpisałam umowę wolontariacką, a potem jeszcze pochodziliśmy z D. i kupiłam kilka pocztówek. A potem już trzeba było wracać… Simon, Makku i Skowron wyściskali nas, obiecaliśmy, że zobaczymy się za rok, wsiedliśmy z D. do pociągu i weekend minął bezpowrotnie.

 

 

 

Jeszcze słowem podsumowania, mój pierwszy raz na Coperniconie, a także pierwszy raz gżdaczowania wspominam jako coś wspaniałego. W porównaniu do pyrkonowych 40 tysięcy, uczestników skromne 3 tysiące w Toruniu były bardzo miłą odmianą i powrotem do dawnych czasów konwentowych. Można było poczuć naprawdę magiczną atmosferę zarówno wśród zwykłych uczestników, jak i gżdaczy, prelegentów, wystawców i organizatorów. Coś, co na Pyrkonie nieraz jest trudne do znalezienia, przynajmniej dla mnie. Była też ogromna wręcz ilość prelekcji, na które bardzo chciałam iść, lecz musiałabym się chyba na nie teleportować albo sklonować z 6 razy nawet w niektórych godzinach. Ale to jest właśnie cecha dobrych konwentów – wiele interesujących atrakcji w jednym czasie, na których nie sposób być. Pozostaje mi tylko nadzieję, że coś się jeszcze kiedyś powtórzy, może nawet na Pyrkonie, albo może pojawi się coś o podobnej tematyce.

Tekst konwentu:
[O]KOŃ
Piosenka konwentu: